czwartek, 19 lipca 2012

Komunikacja w stylu brytyjskim

1. Wiele rzeczy jest opisane słowami. Znaki drogowe, ostrzeżenia, zasady. To co mam na myśli najlepiej chyba zobrazują foty. Po co się głowić zapamiętywaniem znaczeń, znaków regułek i sposobów zachowania, skoro można przeczytać. My się ich uczymy i jak wynika z życia rzadko kiedy umiemy zastosować.




To było jak jechałam jeszcze z lotniska z Liverpoolu, Peak District się nazywa to miejsce, bardzo ładny park narodowy. No ale REDUCE SPEED NOW, broń boże później...




Look left, ale może najpierw look down, żeby to przeczytać :) A jak się uważnie przyjrzeć , to po drugiej stronie pasów jest Look right :D




No właśnie... Co autor miał na myśli ?  Taxi Only ? Zbyt oczywiste by było tak oczywiste ?




Można by się pokusić o teorię, że Brytjczycy po prostu lubią słowo " only"  Bishop wyróżniony. Jednego dnia kupię farbę  i na taki miejscu parkingowym napisze " Polish only"  czy cuś....


 Jeśli już mówimy o parkingach.... Dość ciekawe podejście do tych przesłodkich istotek na naszej ziemi... 
Dogu mój drogi jesteś spragniony ? To Nie Sprite, ale WODA przy własnym parkingu ugasi Twoje pragnienie !


I kontynuując wątek zwierząt, moją uwagę przykuł napis na klatce w zwierzyńcu. Najbardziej punkt 7. Kurczę, że to przeczytałam a byłam o włos od tego by spróbować tego jedzenia...
Jako ciekawostkę mogę dodać, że względy higieny i czystości są trochę inaczej traktowane niż u nas. Przy powiedzmy co 3 zagrodzie, był kranik z mydełkiem i prośbą : Głaskałeś zwierzę ? Proszę umyje ręce :)


To znalazłam w dzisiejszym autobusie. Z powodu szybkości nie wyszło za wyraźnie dlatego napisze tu : Please respect other passengers do not place your feet on these seats. To chyba dotyczy tylko tych nad którymi to wisiało, na inne można się rozkładać... hmmm...



No to tyle z ciekawostek informacyjnych, jak znajdę więcej to dodam.


2. Sposób rozmowy.  


Mam wrażenie, że Brytyjczycy mają zupełnie inne wyczucie jeśli chodzi o rozmowę. Z mojej perspektywy wygląda to tak jakby sobie przerywali nawzajem i rozmawiali o zupełnie dwóch niepowiązanych światach. Inaczej wyglądają te rozmowy między obcokrajowcami a inaczej miedzy obcokrajowcami a anglikami. Wygląda to mniej więcej tak. Powiedzmy siedzi sobie grupka osób przy stole i jedna osoba zaczyna mówić o książkach, obcokrajowcy ( w rozumieniu wszyscy my-nie anglicy) kontynuują rozmowę o książkach, być może przechodzą na wątek filmu nakręconego do książki, bądź do samych bohaterów aktorów, itp itd. Niemniej jednak wszystko ma ze sobą powiązanie. W brytyjskim wydaniu zaczynam mieć odczucie, że wygląda to mniej więcej tak. Jedna osoba mówi o książkach , Brytyjczyk zaczyna o efekcie cieplarnianym, trzecia osoba nie wie co o tym ma powiedzieć więc mówi o tym jak jej roślinka się połamała i o jejeje. Obcokrajowiec (nie anglik) znajdując się w takiej sytuacji jeszcze ma wyczucie, że pomimo że zostało mu przemówienie przerwane stara się wrócić, i kontynuuje o książkach, nagle ktoś zaczyna o chorym kotku, obcokrajowiec wraca do książek... I tak w kółko panie pierdółko.Pocieszne to :) Jednak muszę się bliżej przyjrzeć temu zjawisku. 


Poza tym, mam wrażenie że brytyjski angielski brzmi nieco pretensjonalnie, to tak jakby wczuć się w osobę, która nie zna języka i posłuchać samej tonacji, wydźwięku to można by wywnioskować, że ta osoba ciągle narzeka albo się usprawiedliwia albo oczekuje wsparcia mentalnego.

środa, 18 lipca 2012

Pierwsze wrażenia z mentalności angielskiej

Postanowiłam kontynuować moje spostrzeżenia kulturowe na tym blogu. 
Tym razem dotyczą życia w Anglii a mianowicie w Sheffield, czyli w północnej Anglii. 
Dowiedziałam się też, że północna Anglia różni się bardzo mentalnością z południową (czytaj Londyn) ale sądzę, że jest to tak jak w każdym państwie, gdzie ludzi ze stolicy się uważa za ważniaków. 

Moje pierwsze spostrzeżenia na szybko. 

1. Ludzie tutaj są bardzo przepraszający. Przepraszają za wszystko, że nie udało im się czegoś zrobić, nawet za to że kaszlą. Jakie to ciekawe, jakby porównać wolność zachowania w Finlandii gdzie ludzie się w ogóle nie przejmują takimi sprawami i sobie kaszlą i prychają na prawo i lewo a taką Anglię, gdzie czują się winni za to. I tak jadąc z lotniska , mój kierowca za każdym kaszlnięciem przepraszał mnie. Ja będąc trochę podchorwana kaszlałam sobie co nie miara i tak dla odmiany nie przepraszałam. 
Nie wiem ale coś mi się wydaje, że tak samo jest z głośnym ziewaniem.

2. Niektórzy obcy ludzie są niesamowicie otwarci.Po przyjeździe w słoneczny dzionek poszłam się przespacerować do parku. Parę razy zostałam zaczepiona przez mężczyzn, którzy albo się ze mną witali albo pytali co porabiam, jak mi się opala/odpoczywa / siedzi.

3. Zdystansowanie. To powyżej trochę mi  nie gra z totalną odwrotnością w zachowaniu innych Brytyjczyków. Mam takie poczucie, że jak na pierwszy kontakt są oni dość zdystansowani. Co ciekawe nie utrzymują kontaktu wzrokowego ( czyżby podobieństwo do Finów ?) Myślę, że potrzeba trochę czasu aby się oswoili.

4. Ludzie wspierają inicjatywę obywatelską. Objawia się to w różnych formach, zaczynając od znaków  informacyjnych przestrzegających przed złodziejem, coś w stylu "uwaga tutaj działa osiedlowy podgląd złodziei" po informacje na kościele, która znalazłam i wydała mi się komiczna typu : Jeśli zauważycie vana z mężczyznami którzy chcą instalować coś tam gdzieś tam w takich a takich ubraniach to oznacza, że są to złodzieje któzy ostatnio tutaj grasują, dzwońcie! Firma w której pracuje także wspiera różne akcje charytatywne i inne takie. Uważam, że to bardzo pozytywna sprawa i krok w stronę budowania świadomość, że to ludzie mają pomagać ludziom, a nie rząd zabierać kasę i rozdawać ją komu chce.



5. Szacunek do starych rzeczy. Brytyjczycy niczego nie burzą, żadnego starego domu, mają poszanowanie do rzeczy starych zniszczonych tj mebli urządzeń, które my byśmy nazwali raczej ruderami i przeżytkami. To ma swój klimat, dzięki temu mogą pamiętać o przeszłości. I pomimo że dla ludzi taki budynek jest brzydki to państwo zabrania burzenia go. Pomijając już moje skromne spostrzeżenia, że dla mnie większość budynków wygląda jak takie mini zamki zbudowane z czerwonej cegły bądź szaro żółtej. Wiele budynków ma wiktoriańskie okna i dodatkowe frontowe drzwi, które kiedyś miały służyć odbieraniu jakiegoś mleka czy innych rzeczy dostarczanych do domu przez woźnice. Bogatsze posiadłości znajdują się rzeczywiście w takich większych zamkach. Ale jakby nie spojrzeć na budownictwo, to jest ono zróżnicowane. 







niedziela, 15 kwietnia 2012

Oznaki mojego nieprzystosowania

Kiedy się przyzwyczaiło do innej kultury, innych reguł innych zasad życia, trudno jest powrócić do dawnych, tym bardziej jeśli te dawne nie są lepszymi z dwojga. 
Mam w sobie jeszcze kulturę fińską, i przebywając z ludźmi bądź czyniąc coś, doświadczając jakichś bodźców uświadamiam sobie, że to jest jednak inaczej. Zachowanie które ja prezentuje, bądź które ktoś inny reprezentuje często gęsto wywołuje u mnie poczucie zdumienia.


Podobno proces powrotnego przystosowania się do kraju to 7 miesięcy. No i cóż trochę tu jestem i dopóki nie spotykam się z ludźmi to jest dobrze, nie widać różnicy. Życie spokojnie płynie. Kiedy spotykam się z ludźmi i robię mniej więcej to samo co robiłam przed wyjazdem, ku mojemu zdziwieniu moje reakcje są inne.


Dzięki bogu jeszcze są obcokrajowcy z którymi póki co, czuje się mentalnie związana bo oni też czują się  tak trochę wyobcowani jak to za granicą.



Parę spostrzeżeń z ostatnich czasów :



1. Stałam się bardziej zdystansowana do ludzi i nie odkrywam się tak od razu, nie mówię kim jestem i co robię. Nie posiadam potrzeby chwalenia się. Ale prawdy ukryć też nie potrafię. Jednym słowem jestem bardziej szczera niż byłam przedtem. 


2. Nie jestem asertywna. Zawsze mnie zastanawiało dlaczego Finowie nie potrafią odmawiać wprost, tylko zazwyczaj w domyśle. Zawsze mnie to denerwowało. Oczywiście wszystko zależy od człowieka bo jeden mniej drugi bardziej dostosowywał się do tego co robi większość, tak jakby rezygnując z samego siebie, nawet jeśli czasami im to nie odpowiadało. Finowie wychodzili z założenia, że lepiej nie wywoływać konfliktów i unikać problemów.
I tak jak mój brat zauważył, zawsze jak wracam z Finlandii to jestem na początku w dość dziwny sposób miła, a potem pod względem naturalnych procesów socjalizacyjnych dopasowuje się po troszku do otoczenia. I tak na początku byłam mega miła i serdeczna i nie odmawiająca niczego i nikomu. Ale chyba u nas taka postawa nie ma bytu niestety... jeśli chodzi o kontakt z niektórymi osobami.


3. Moja strefa osobista i intymna się zwiększyła. W komunikacji niewerbalnej strefa intymna zazwyczaj wynosi 0,5 m a osobista do 1,2.  Finowie mają większą potrzebę dystansu. A ja teraz jakoś mam takie poczucie, że obcy ludzie nie powinni mnie osaczać na mniej niż 1 metr, i chodzi tutaj bardziej o tłumy niż jedną osobę. Jakoś wcześniej mi to nie przeszkadzało. W Polsce chodziłam na imprezy gniotłam się pomiędzy ludźmi i tańczyłam rozpychając się umiejętnie łokciami. Teraz gdy poszłam ze znajomymi na imprezę, wytrzymałam w takiej sytuacji może 5 minut. Po chwili po prostu zaczynałam czuć narastającą irytację tego że ludzie tego nie wyczuwają, że powinni się ode mnie troszkę oddalić a nie przytulać się, przepychać a nie daj boże dotykać czy odpychać. W Finlandii ludzie instynktownie tworzą więcej przestrzeni wokół siebie, kiedy się jest w sklepie czy stoi w kolejce, sami się odsuwają na większą odległość nie wymagając ustnej prośby.  W Polsce to nie działa. To ciekawe jest, że stojąc przykładowo w Helsinkach na bazarze oglądając jakieś rzeczy pewna Rosjanka ( o strefach i zachowaniu zbliżonym do naszego słowiańskiego stylu) przeszła tak blisko mnie i Fina, że on zaniepokojony zwrócił na to uwagę pytając się mnie dlaczego ona tak blisko nas przeszła, aż prawie dotknęła, żeby dokonać zakupu. Mi to oczywiście nie zrobiło różnicy wtedy bo byłam do tego przyzwyczajona, więc tym bardziej jestem zdumiona, że nagle teraz mi to przeszkadza. Być może, taka sytuacja powtarza się dość często, bądź trwa zbyt długo.


4, Unikanie kontaktu wzrokowego, typowe dla Finów, nietypowe dla mnie. Nie wiem czemu ale tyczy się to głównie mężczyzn z którymi rozmawiam. Zauważyłam, że jak rozmawiam z którymś to patrzę się wszędzie indziej a nie w oczy. Chociaż wskazane jest aby spoglądać na człowieka co jakiś czas, to wykonuje to chyba tylko mechanicznie wiedząc, że tak powinnam robić, bardziej jak robot, niż że to wypływa naturalnie.


5. Z drugiej strony takie przeciwieństwo, gdzie w Finlandii każdą płeć traktuje się na równi ma się zarówno kolegów i koleżanki i z tym i z tym można iść na piwo na kawę do kina. U nas wyjście z facetem to prawie randka. Niewielu jest mężczyzn którzy się przyjaźnią z kobietami a jeśli chodzi o rozmowę to raczej kobiecie nie wypada się narzucać. No i cóż ? Ja robię całkiem odwrotnie wraz z moimi fińskimi przyzwyczajeniami.Ciekawe ile czasu potrzeba mi jeszcze na powrotne przestawienie się.


6. Niektórzy ludzie tutaj nie wierzą w siebie. To mnie strasznie oburzyło. Jak to możliwie, że ludzie w Polsce, niektórzy Polacy mają tak niskie zdanie o sobie. Wielu uważa się za nic nie wartych robotników, wykorzystywanych i tępionych i raczej wynika to z ich własnego mentalnego nastawienia niż z właściwej rzeczywistości. Spotkałam dziewczynę, która nawet powiedziała, że jak bywa za granicą to wstydzi się mówić, że jest polką. A przecież my tacy źli nie jesteśmy , biedni już też nie :)


7. W Finlandii ludzie mają dumę. W Polsce martwią się o pieniądze. Tego też nie mogę zrozumieć. Gdzie się nie spojrzy to tam pieniądze, pieniądze, pieniądze.... więcej zarabiać, kupować mniej, iść do sklepu x nie y bo tam coś jest za 3 złote mniej i to jest straaasznie opłacalne. Ludzie są oszczędni do przesady i myślą raczej o tym jak się wzbogacić, niż o tym, ze pieniądze są tylko środkiem a nie celem samym w sobie. Myślę, że we mnie pozostało jeszcze trochę takiej dumy, raczej myślę o tym jak sobie dogodzić, i czy mi jest dobrze a nie czy mam wystarczająco dużo na koncie.Ta fińska duma, też może wynikać z tego, że Finom nigdy tych pieniędzy nie brakuje, bo jak nawet nie zarabiają to mają pieniądze na życie z funduszu socjalnego. Płacą wysokie podatki za wszystko ale kiedy znajdują się w złej sytuacji państwo im zawsze pomoże. Dlatego też nie ma tam biednych finów, czy bezdomnych, bo każdy na życie ma. Żyją oni bardziej w stylu "carpe diem" , my żyjemy bardziej w stylu "ojej ojej... jutro nie będzie co jeść, ojej coś oszczędzić, schować, zainwestować, bo nie będzie na przyszłość" Póki co moje życie w stylu "Carpe diem" jakoś wychodzi tu i staram się cieszyć każdym przeżytym dniem, cieszyć się z kwiatów rozkwitających za rogiem , ptaków śpiewających za oknem i słońca świecącego (bo ludzie nie zdają sobie sprawy z istoty rzeczy, dopóki jej nie zabraknie, a w Finlandii słońca jest niewiele).


8. Mężczyźni stawiają....przynajmniej drinka. No tak odzwyczaiłam się od tego, w Finlandii każdy sam sobie wszędzie. 


9. Słowo "Kurwa" irytowało mnie straszliwie na początku, (nie słyszałam tego w ogóle) teraz trochę już mniej, ale nadal "zajebiście", "pojebało" i inne typu takie mnie jeszcze szokują.


10. Brak życzliwości... Nie to że jej nie ma, ale nie wszyscy potrafią być tak życzliwi jak Finowie zdają się być. Dawniej określiłabym fiński poziom życzliwości jako "miły aż do zwymiotowania". Po jakimś czasie stał się normą dla mnie, a teraz mi tego brakuje czasami.
11. Ludzie myślą, że jak się mieszka w zimnym kraju to jest się odpornym na zimno. A to jest dokładnie odwrotnie, jest się wychłodzonym. I tak ja nie odczuwam ciepła, niektórzy przy lekkim cieple są w stanie rozebrać się jak do lata, a ja nadal pomykam w kozakach.


12.Problemy z językiem polskim. Niby nie uświadomione, ale czasem nawet jak chce coś powiedzieć, to mi przychodzi do głowy po angielsku, a po polsku przyjść nie chce, a potem to już pobite gary. Albo mam pytanie i je układam po angielsku, a potem uświadamiam sobie, że powinnam je zadać po polsku. Czasem też zdarza mi się coś powiedzieć i jestem przekonana, że to to coś co miałam na myśli a okazuje się być czymś zupełnie innym.


13. Życie w zieleni wyostrza zmysły (Finlandia to kraj lasów i jezior) i tak rzeczywiście teraz tutaj doznaję bodźce ze świata zewnętrznego intensywniej.


14. Polski nauczyciel ucząc pokazuje co sam umie,(aby się popisać swoją wiedzą) fiński  nauczyciel stara się pokazać, że ty dużo umiesz pomimo że nie umiesz, i jak skończy się polska lekcja to masz świadomość, że musisz w domu przysiąść i jeszcze raz wszystko sam przerobić, jak kończy się fińska lekcja to wychodzisz nauczony.


15. Siedząc na kursie w sali otwartym oknem i słysząc nieustające ryki samochodów przypomniało mi się miasteczko Rovaniemi (przy kole podbiegunowym) w Finlandii, w którym nauczyciel na pierwszych zajęciach otworzył okno i stwierdził " Posłuchajcie, co słyszycie ? Nic ? A właśnie to jest piękno tego miejsca, nic nie słychać poza szumem sosen." I tak jak siedziałam na tych zajęciach i słuchałam tych ryków zza okna uświadomiłam sobie, że czasy bezwzględnej ciszy i spokoju ducha przeminęły.


16. Polskie słońce czuć na skórze, czuć ciepło tak jakby przykryto mnie jakąś folią, fińskie słońce grzeje, ale nie czuć go praktycznie na skórze, nie ma poczucia spocenia. Zresztą trudno to określić słowami. Finlandia znajduje się bliżej dziury ozonowej, skóra jest pod większym zagrożeniem. I tu nie chodzi o opalenie się, bo to jest możliwe także, ale raczej o spalenie skóry. Być może fizycznie tego nie czuć, ale latem w Finlandii ludzie raczej unikają słońca, niż tak jak my wystawiamy się na każdy promień by mieć lepszą opaleniznę. Oczywiście bez przesady nikt nie chodzi w kożuchach czy innych by się ukryć przed słońcem. Myślę, że skóra Finów nie jest przystosowana do nadmiernego nasłonecznienia i jest bardziej podatna na zniszczenie ze względów chociażby bliskości dziury ozonowej.


17. Warunki pracy Finowie mają rewelacyjne. Otrzymują wszystko od zakładu pracy i to tak, że nie potrzebują martwić się o robienie zapasów czy zakupów czy innych spraw.  W ogóle Skandynawia jest nastawiona na człowieka bardziej, a my na zysk. I zawsze myślałam, że to jest takie cudowne. Pracownik dostaje wszystkie urządzenia biurowe i przydatne do pracy typu telefon, Internet do domu, a i posiłki są sponsorowane.Ogólnie dogadza się bardzo ludziom. Ale teraz myślę sobie, że to wynika ze specyfiki warunków klimatycznych i trudności życia tam.  Bo...

Kiedy zaczynałam się uczyć żyć tam to oczywiście powielałam wzorce moich rodziców, czyli chodziłam na zakupy raz w tygodniu, kupowałam dużo jedzenia mroziłam bądź przygotowywałam by potem w ciągu tygodnia móc z łatwością coś przygotować czy zjeść. Ten system jednak nie działał, bo fińskie jedzenie jest inne. Jest bardziej ekologiczne i świeże, nie pasteryzowane i nie tak chemiczne jak nasze. Nie można przechowywać większości produktów dłużej niż 2 dni, nawet w lodówce. A ja z racji stylu mojego życia tam nie byłam w stanie chodzić co 2 dzień do sklepu i robić zakupy  by potem to przygotowywać. Po prostu nie było czasu na to aż tyle. Dlatego też (co mnie wcześniej dziwiło a teraz zaczynam rozumieć) w sklepach jest większość produktów gotowych. Wystarczy kupić kawałki mięsa pocięte w jakimś sosie doprawione i już gotowe tylko wrzucić na patelnie.I w większości sklepów przeważa takie jedzenie. Kupienie mięsa na wagę to nawet w Helsinkach było możliwe po głębszych poszukiwaniach odpowiedniego sklepu.

Kiedy odwiedzili mnie rodzice po jakimś pół roku mojego bytowania tam, przywieźli mi cały samochód zapakowany w polskie jedzenie. A przynajmniej w polskie mleko. Znajomi Finowie dziwili się skąd my takie mleko mamy, które pół roku ma datę przydatności. I chociażbym nie wiem jak bardzo się starała szukała i jak bardzo mi pomagali znaleźć fińskie pasteryzowane mleko UHT, nie znalazłam takiego co by miało datę przydatności większą niż 3 dni, pomimo że UHT dało się znaleźć.A i smak też był inny. I tak stało sobie to polskie mleko u mnie kolejne pół roku i się nadawało do picia przez cały ten czas.

I tak mnie teraz oświeciło, sprawa jedzenia jest bardzo trudna w Finlandii, trudne warunki, nie ma pól, zbóż i upraw, większość jest sprowadzana ze Szwecji lub Estonii lub innych krajów. A czym wyżej na północ tym to jedzenie jest trudniej dostępne, i droższe z racji transportu. Większość jest przygotowywana na gotowe a to oznacza też pewien brak smaku. Dlatego też w pracy umila się ludziom życie i funduje się im jedzenie w takich stołówkach. Ja też się zawsze stołowałam w nich podczas studiów i szczerze powiedziawszy jedzenie tam mi bardziej smakowało niż to kupione i przygotowane ze sklepu. Nie wspominając, że cena posiłku ze stołówki była polska (jakieś 2-3 euro) a ilość - bierz ile chcesz, czyli tak zwany szwedzki stół,  a cena ze sklepu była kosmiczna, bo za mały kawałek mięsa w sklepie się płaciło 4-5 euro.


 W razie innych spostrzeżeń ciąg dalszy nastąpi...

poniedziałek, 9 stycznia 2012

Praktyczność w wykonaniu fińskim

Kocham ten kraj porośnięty świeżymi sosnami i posypany talkiem. Kraj z liczbą jezior i wód większą niż liczba ludzi go zamieszkujących. Jedną z rzeczy którą wyjątkowo ubóstwiam w tym kraju spokoju i harmonii jest praktyczność tych niesamowitych ludzi. Przyglądałam się i przyglądałam najrozmaitszym rozwiązaniom funkcjonalnym. Ta funkcjonalność jest bardzo cennym nabytkiem kulturowym Finów. Ich umysły są zaprogramowane tak jak IKEA, chociaż nie jest ona z pochodzenia fińska a z sąsiadującego kraju do którego należeli wcześniej zresztą. Oni są tak praktyczni, że nie mają problemów w adaptowaniu nowych sprzętów i rozwiązań do życia i kultury, przynajmniej wtedy gdy są one efektywne i oszczędzają ludzki czas i pieniądze. Nie trzymają się kurczowo starego znanego sposobu, nie boją nie nowości, jeśli zauważą, że coś jest lepsze, lepiej się sprawdza przyjmują to do siebie. Koniec i kropka.

Zjawisko to jest niespotykane w innych miejscach, ludzie przywiązują się do tradycji, do sposobów wykonywania, znają je. Pomimo że nowe rozwiązanie jest o niebo lepsze i oni to widzą, to i tak przystają przy swoim, a po co zmieniać skoro ówczesne rozwiązanie nadal się sprawdza ?

Zastanawiające są niektóre rozwiązania i dlaczego nie można ich za adoptować u nas w kraju ? Za kosztowe? Ludzie boją się zmian. Nie ma czasu na zawracanie sobie głowy ? Czy boją się być inni, inni w znaczeniu oryginalni ?

Niektóre wynalazki były dla mnie o tyle nowe, że musiałam wręcz nauczyć się ich wykonywania, musiały mi wejść w nawyk. 

Poniżej postanowiłam zrobić listę :

1. Jedną z najbardziej cudownych wynalazków pod słońcem jest budowa zamka do drzwi. Mam świadomość, że zapewne nie jest to rzecz jakaś uniwersalna gdyż nie mieszkałam w więcej niż w dwóch mieszkaniach w Finlandii, ale zarówno w Rovaniemi jak i w Vaasie panował ten sam system.  Klucz był jeden, a pasował do drzwi wejściowych głównych, do drzwi od pokoju, do pralni jak i do skrzynki na listy. Co ciekawe jeden klucz pasował tylko do jednego pokoju mieszkalnego a do innych nie. Moje współlokatorki mogły wejść do domu ale nie do mojego pokoju, mogły otworzyć skrzynkę na listy pralnię, ach i jeszcze drzwi w drugim budynku w którym znajdowała się też sauna dla nas, tak więc drzwi od sauny. Jakby tak podliczyć to dzięki jednemu kluczowi mogłam otworzyć 8 par różnych drzwi. 


2.  Prysznic i sauna

Zupełnie inne rozwiązanie niż u nas. Brak wanny która zajmuje nie wiadomo ile miejsca w łazience.  Prysznic może być przenośny, jest on tylko zwykłą rączka czy wężem i zazwyczaj ma lub nie jakąś zasłonę. Można go umieścić w każdym dogodnym miejscu łazienki. Nie trzeba go umieszczać w wannie jak to jest u nas bo tam leje się wodę na kafelki którymi jest wyłożona ziemia, wygląda to mniej więcej tak samo jak prysznice na basenach, aczkolwiek ja się dziwnie czułam nie biorąc prysznica w wannie, a już w ogóle nie mieć możliwości położyć się w wannie. Kiedy zostałam zaproszona do różnych mieszkań fińskich także zauważyłam brak wanny. Chyba nie jest to ulubiona rzecz finów i nie znają rozkoszy relaksowania się przy świecach i pachnących olejkach w w wannie. To im zastępuje sauna i ona jest jakby głównym punktem każdej fińskiej łazienki. Ma ona piec na który się leje wodę z kranu wzięta do balii aby para buchała i nas roztapiała. Do takiej balii można nalać parę kropelek olejku i wtedy mamy gotową inhalację. Najpopularniejszymi są zapachy: Eukaliptus, który pachnie jak nasz olejek do inhalacji, który czasem nasze babki stosowały na udrożnienie dróg oddechowych, bądź tez smaruje się nim człowiek, kiedy go boli ucho, na rozgrzanie. Inne zapachy to mięta, las sosnowy oraz smoła drzewna. Zapach smoły został mi polecony przez Finki jako doskonały wabik na mężczyzn. Tzn. został mi użyczony szampon do włosów o zapachu smoły i tak raz przemyłam sobie nim włosy i "zwabiałam gdy włosy potargał wiatr...". Zapach jest śmierdzący i okrutny, pachnie mniej więcej tak jak zapach palonych liści na działce z połączeniem zapachu z kiełbasek na grillu. Jednakże Finom bardzo to odpowiada. Historia powiada, że smoła była postrzegana przez nich jako źródło uzdrowienia na wszelkie choroby w dawnych czasach. I nawet takie narodowe powiedzenie istnieje, które mówi, że " Jeśli sauna , wódka i smołą drzewna nie pomagają, choroba jest nieunikniona" Okazuje się, że w dzisiejszych czasach także używa się smoły drzewnej w fińskiej medycynie tradycyjnej z powodu jej mikrobiologicznych właściwości.


2. Kolejnym praktycznym urządzeniem,którego u nas się nie stosuje jest "suszarka podłogi" bo nie wiem jaką inna nazwę temu nadać. Cała łazienka jest w płytkach, prysznic i woda leci na te płytki i często, gęsto cała łazienka jest zalana wodą. To też ciekawe, że np u mnie w domu stosuje się najrozmaitsze sztuczki aby uchronić podłogę łazienkową od zamoczenia, a tam to jest na porządku dziennym. No i kiedy już wzieliśmy ten prysznic, pełno wody na ziemi, to bierzemy taka suszarkę podłogową, i przesuwamy naszą wodę do studzienki - takiej dziury w podłodze, gdzie woda uchodzi. Podłoga tak wytarta wysycha po jakimś czasie.




3. Szczotka do naczyń uczyniła też niemałe zaskoczenie. Pomijając naszą zmywarkę, która myję wszelkie talerze garnki i inne a przechodząc do ręcznego mycia prostokątną gąbką. W Finlandii używa się szczotki, chociażby po to aby nie trzeba było moczyć rąk i niszczyć mydłem czy detergentami. Powiem szczerze, że nie umiałam się tym na początku posługiwać, ale z biegiem czasu wydało mi się to bardzo ciekawym i wygodnym rozwiązaniem. Przy czym oprócz zwyczajnego brudu z talerza, można też odwrócić szczotkę na drugą stronę gdzie znajduje się specjalnie wyprofilowany kształt, coś ala skrobaczka aby sobie poradzić z bardziej zaschniętym brudem. Szczotka występować może w wersji zwyczajnej(poniżej)bądź elektrycznej(na prawo). Elektrycznej osobiście nie próbowałam a zwyczajna służyła mi długo.


4. Szafka okapowa na talerze. Niby rozwiązanie podobne do naszego, gdzie znajduje się szafka nad umywalką, jednakże zostawia się dziurę w niej od spodu tak aby talerze mogły okapywać do umywalki. Nie wiem jak u innych ale u mnie dawniej to podstawiało się taką płytkę pod ten okap aby woda na to okapywała właśnie a nie do umywalki. I tak w sumie to nie wiem jaki był tego sens, bo pamiętam, że z ta podkładką były same problemy, albo trzeba było ją co jakiś czas opróżniać z tej wody a po jakimś czasie robiła się brzydka i brązowiała od różnych pierwiastków i elementów znajdujących się w wodzie. Taka szafka w wydaniu fińskim miała jeszcze jedno praktyczne zastosowanie, gdyż, można było od jej spodu na szczebelkach zawiesić szczoteczkę do naczyń za uchwyt który zazwyczaj posiadała.(ta powyżej nie posiada uchwytu) Było to bardzo wygodne.

5. Elektryczny otwieracz do butelek 




6. Coś a la garnek do gotowania jajek. Można ugotować 6 jajek na raz, bez poparzenia się i zbędnej wody a w dodatku ustawić jak bardzo ugotowane jajko ma być, na twardo na miękko czy coś pomiędzy.


7.Psia myjnia lub myjnia do butów.
Może być wykorzystywana do czyszczenia błota z butów lub dla psa.

   
9. Wycieraczka do butów wersja fińska. Nie spotkałam się z tym urządzeniem w Helsinkach czy w Vaasie czy innych fińskich miejscowościach, jednak w Rovaniemi był z niej dobry użytek. Dwie szczotki jakby wzięte od miotły a w środek wkłada się swojego buta, czyści nie tylko podeszwę ale też i boki zabłoconych lub ośnieżonych butów.




10. Artykuły odbijające światło na zimę
Ludźmi rządzi lęk, w Finlandii poziom lęku i niepokoju zdaję się być wysoki. Są przeczuleni na punkcie bezpieczeństwa. Zimą, kiedy światła dziennego jest tylko parę godzin (w Vaasie było to w grudniu od 11 - 14) zupełnie nic nie widać. Należy nosić wtedy wszelkiej maści reflektory i w różnych miejscach, z przodu , z tyłu , na plecaku, na psie jak się go ma, pomocne są tez takie ubrania które mają rejony odbijające światło. Ja także, zaopatrzyłam się w jeden, nabyłam pieska i tak z nim chodziłam po ciemnościach :)

                                                 Takie muminkowe stwory....

                                                     Sarenki czy inne zwierza...

                                                        Do wyboru do koloru...
                 Na celu miało to takie dobicie światła dla kierowcy.. aby widział iż coś tam się rusza...


W okresie zimowym, także w szkole podstawowej dzieci, wychodząc na przerwę obowiązkowo na podwórko aby się dotlenić, zakładały takie kombinezony odblaskowe, po to aby nauczyciel je widział, a także samochód. Prawdopodobieństwo wypadku jest tam znikome, więc sądzę, że raczej chodziło o to że dziecko mogłoby się zgubić w ciemnościach.

11. Życiodajna energia dla pana samochodzika - widziana także w Norwegii
Czyli nic innego jak podłączanie się do specjalnych skrzynek gdzie można sobie naładować samochodzik, kiedy jest wyjątkowo zimno.




12. Kolce w oponach
Aby można było użytkować samochód cały rok, należy zmienić opony na zimowe, ale tak z kolcami. Tak samo z rowerem. Mój rower od momentu zakupu miał kolce w oponach więc nie musiałam się tym martwić. Latem jeździło mi się po asfalcie głośno a zimą po lodzie nawet przyczepniej niż na nogach. Często gęsto bałam się nawet z niego zsiadać bo zaliczałam glebę idąc gdzieś piechota po śliskim lodzie, a na rowerze nie było źle, wypadków zaliczyłam może tylko dwa, gdy nie opanowałam jeszcze do końca skręcania przy zwiększonej prędkości na lodzie...no i kolce nie wykazały przyczepności odpowiedniej. Kolce to te małe srebrne punkciki.





12. Fińska deska do krojenia a la szuflada

 
Deski z którymi ja się spotkałam wyglądały trochę inaczej. Zarówno w Rovaniemi jak i w Vaasie były to szuflady wyglądające jak ta na zdjęciu jednakże miały gładką płaską powierzchnie w środku. Na początku wydawało mi się, że ta szuflada została tylko włożona do szafki aby wypełnić puste miejsce, bo miała ona mniejszy rozmiar, jednakże po jakimś czasie ktoś mnie oświecił, że to służy do krojenia. Nie wiem do dziś jak tego się używało, bo było to niewygodne, kombinowałyśmy z dziewczynami na różne sposoby, aż w końcu doszłyśmy do tego, że wyciągałyśmy tą cała dechę z szuflada i kładłyśmy na blat. To zdjęcie dopiero teraz mnie oświeciło trochę, że na miejsce tej płyty która się znajdowała w naszej szufladzie a tutaj na zdjęciu są jakieś patyki tylko, należało położyć kolejną deskę i po prostu zaoszczędzić miejsca i brudu na blacie... A my takie mądre byłyśmy i żeśmy kroiły na drewnianym blacie szuflady...A potem brudu się nie dało nigdy do końca zmyć. Nie ma to jak nasze nie praktyczne myślenie :)))

13. Nóż do sera
 


To urządzenie ma szczególną wartość w moim sercu. Pamiętam jak na jednym z pierwszych spotkań towarzyskich z finami odkryłam jego cudowne działanie i przez cały wieczór nie mogłam się go pozbyć z moich rąk. Kroiłam ser i go zjadałam albo kroiłam temu kto tam chciał, tak mi się to spodobało :) Nawet usiłowałam się nauczyć jak jest nóż do sera po fińsku powtarzając sobie to słowo po fińsku i muszę stwierdzić, że zaczęłam chyba od najtrudniejszego, dla ciekawych - Juustohöylä :)

piątek, 6 stycznia 2012

Zazdrość , zawiść i "muszę być lepszy" po fińsku

Finowie to ciekawy naród. Z moich obserwacji wynika iż są powściągliwi emocjonalnie i rzadko kiedy wyrażają opinie. Można uznać więc, że wszystko im pasuje. Skrywają pewnie urazy, bądź nie postrzegają pewnych rzeczy jako negatywne, do tego jeszcze nie doszłam. 

Zauważyłam jednak jedną dość istotną cechę która drzemie w tych niesamowitych ludziach. Brak emocjonalności może wychodzić na dobre, jeśliby popatrzeć z punktu widzenia kontaktów międzyludzkich. Mianowicie stwierdzam fakt - wszyscy ale to absolutnie wszyscy są mega mili dla siebie. Może to wynikać z dwóch czynników. 

a) w mniejszych miejscowościach z racji mniejszej ilości osób, a zatem mniejszych możliwości zdobywania znajomych po prostu nie można wybrzydzać i należy kolegować się ze wszystkimi, a przynajmniej być na stopie pokojowej. Finlandia to tak mały kraj, że można by ją nazwać globalną wioską, zawsze mnie dziwiło,gdy ktoś się mnie pytał czy znam Pana X czy Y z innego fińskiego miasta :) (Ja nie znam z tego miasta-miasteczka wszystkich a co dopiero z innych myślałam wtedy, no ale jednak da się) 

b) kontakty społeczne między ludźmi nie należą do najłatwiejszych. Aby poznać fina czy finkę trzeba poświęcić trochę czasu na wspólnych pogawędkach, spotkaniach i różnych aktywnościach. Polacy także z początku są nieufni i nie da się po pierwszym drugim czy kilku spotkaniach stać się znajomym. Jednakże jeśli chodzi o naszą polską kulturę w poznawaniu finów różnica nie jest aż tak znaczna jak dla amerykanów. Jak jeden Amerykanin stwierdził, u nich w kraju to człowieka po 2 dniach znajomości można poznać na wskroś, a z finem to po roku nawet trudno.


Ośmielę się stwierdzić, iż powyższe czynniki mogą wpływać na miłą mentalność fińską. Bo.... skoro tak trudno poznać Fina, to znaczy nie wie się za wiele o nim na samym początku to lubi się go zazwyczaj za to jakim jest. Skoro nie ma wielu Finów to lepiej kolegować się nawet z tym najmniej fajnym bo kto wie czy go zaraz nie spotkam za rogiem. 

Ja osobiście mieszkając w dużym polskim mieście, kiedy pojechałam do mniejszej mieściny fińskiej jakby przeniosłam na początku swój taki wielkomiejski stosunek do ludzi, a przy tym sądzę, że wielu taki ma mieszkając w mieście gdzie znajomych do wyboru i ludzi jest tyle że trudno zliczyć na palcach. Na samym początku miałam dość chłodny stosunek do osób - finów, których mniej lubiłam. Jeden mnie nawet tak strasznie irytował, że po wielkomiejsku postanowiłam go unikać. Jednakże po jakimś czasie spostrzegłam, że (przebywając w gronie finów i finek) tylko ja mam taki stosunek i taką różnorodność lubienia i nielubienia ludzi. I nawet okazało się, że wielu znajomych zna mojego irytującego fina, i co więcej przypadkiem spotykałam mojego irytującego fina na drodze do lub skądś tam, a ponaddto występował on tez na wspólnych imprezach/spotkaniach i innych podobnych. 

Doszłam do wniosku, że takie unikanie i przechowywanie w sobie negatywnych emocji w stosunku do niego jest po prostu marnotrawstwem moich nerwów, bo on ni mi nic złego nie zrobił ani nie zachowuje się źle, to tylko ja i moje wewnętrzne "ja" było zirytowane jego osobowością. Postanowiłam więc odpuścić i traktować go po prostu neutralnie i być miłym. Można powiedzieć, że socjalnie zostałam zmuszona przez warunki zewnętrzne. Nie opłacało się po prostu kogoś nie lubić. 

Jeśli chodzi o aspekt długiego poznawania Finów, który dla Amerykanów jest nie zaakceptowania, to rzeczywiście, po jakimś czasie mojego pobytu tam i spotykania grupy Finów regularnie co jakieś 2-3 dni po 2 miesiącach doszłam do wniosku, że jak ktoś wziąłby mnie do jakiegoś teleturnieju i zapytał o moich fińskich znajomych i jakieś dane ich dotyczące, preferencje czy upodobania to naprawdę trudno byłoby mi powiedzieć cokolwiek o kimkolwiek z grupy powiedzmy nawet około 10 Finów. My robiliśmy różne rzeczy razem, rozmawialiśmy o różnych życiowych sprawach i zapraszaliśmy się do domów, mogę się teraz mylić, ale na tamten czas wiedziałam może takie ogólne informacje, że ten gdzieś pracuje, ten gdzieś studiuje, a ten jest bezrobotny. Dopóki po jakimś czasie głębszego zapoznania nie zapytałam się sama gdzie ktoś pracuje i kto co robi tak jakoś miałam poczucie że pytania personalne sa dość nie na miejscu, bo wyszłam z założenia, że skoro ktoś nic nie wspomina o tym czy o tamtym temacie to prawdopodobnie nie chce o tym rozmawiać. Na to tez może wpływać skromność Finów, nie lubią się niczym chwalić, co robią co mają i tak dalej.

To zabawne, że i u nas w Polsce kiedy się poznaję człowieka to pierwszymi pytaniami jakie padają jest co zazwyczaj robisz na co dzień, jeśli studiujesz to co, gdzie, jak, kim są twoi rodzice co robią. i inne tego typu pytania pozwalające zaszufladkować daną osobę w naszych poznawczych kategoriach.  Przykładowo miałam kiedyś też taką polską koleżankę, która za każdym razem publicznie się chwaliła, że jej ojciec pracuje w wojsku , ma wysoki stopień i zarabia tyle i tyle. I tak nam się rozmowa klei bo rozmaiwamy o tym co osiągneliśmy, o tym co mamy a już jak podłapiemy temat i wykryjemy , co nasz petent ma gorszego niż my, nie omieszkamy się mu tego wytknąć a w najgorszym razie stwierdzić, że my mamy tak samo albo robimy to samo. Wiecznie się porównujemy i chcemy być najlepsi. Panuje prawo dżugli - silniejszy wygrywa. No przynajmniej mentalnie. 


Mam wrażenie, że Finowie w ogóle nie mają potrzeby konkurowania. U nich panuje równość, każdy powinien być równy, a już na pewno się lepszy. Dlatego też podejrzewam, że nie wypada im się chwalić. Za chwalenie się w ich rozumieniu może być uważane już zwyczajne opowiadanie o wycieczce na jakiej się było. U nas to jest chwalenie i jakoby pokazanie swojego statusu materialnego - "bo mnie na to stać". U nich to nie ma znaczenia bo każdego przeciętnego Fina na to stać. Każdy jest w stanie pojechać na Hawaje, czy do Chin i nie jest to żaden powód do dodawania sobie pozycji społecznej bo jest ona równa.

Oczywiście pytając wprost każdy odpowie i zazwyczaj powie prawdę, bo Finowie także nie lubią kłamać. Oczywiście czasem unikają opowiedzenia całkowitej prawdy pomijając jakieś szczegóły, ale raczej przyznają się do wszystkiego. Jednakże zawsze dziwnie się czułam , wyciągając nawet te informacje od nich. 

Być może to wyjaśnia też, czemu my Polacy jesteśmy wiecznie zazdrośni, zawistni i chcemy być lepsi, a jak komuś się powodzi, jak ktoś odnosi sukces, to życzymy mu złego. I zawsze chcemy komuś udowodnić, że to absolutnie tylko my mamy rację nie nikt inny, w żadnym wypadku nie może być tak jak ktoś mówi bo to jego opinia nie nasza. Mamy za dużo informacji o ludziach, co zrobili jak to zrobili jak im się udało bądź nie, Finowie nie mają, nie znają nie wiedzą, nie obchodzi ich, bo po co? Do czego im do szczęścia informacja, że kolega zarabia więcej ? Być może najbliższego znajomego o to pytają, o tym rozmawiają, ale nie jest to temat numer jeden. 

To ciekawe spostrzeżenie, gdy patrzę na moich fińskich znajomych z perspektywy czasu i tego co o nich myślałam wtedy, kiedy znałam ich ale nie kim są co robią i ile maja w portfelu ale raczej skupiałam się na cechach charakteru, a kiedy znam ich teraz. I to też ciekawe, że u nas niektórzy, bo nie mówię, że wszyscy często kolegują się z kimś dla celów czysto materialnych, czy innych celów nie koniecznie zwyczajnie koleżeńskich.

Odczułam to nawet na własnej skórze, kiedy wróciłam z Finlandii i została mi narzucony taka nieformalna plakietka "gwiazdy z zagranicy" Kiedy niektórzy dalsi znajomi nagle się zechcieli kolegować licząc na... w sumie to nie wiem co, niektórzy bliżsi znajomi zaczęli inaczej patrzeć, a niektórzy nawet wykorzystywać znajomość do celów pokazowych, jak w zoo, " bo ja mam taką super znajomą" I w sumie minęło jakieś około 4-5 miesięcy od kiedy tu jestem a niektórym ludziom jeszcze nie przeszło. Dobrze, że zachowali się najtrwalsi. Myślę, sobie czasem, że może lepiej byłoby gdy nikt nigdy nie wiedział że gdzieś byłam i wróciłam. Co druga osoba do dziś zadaję mi pytanie "Czy już wróciłam do Finlandii, albo Czy się przeprowadzam" tak jak by... no właśnie co ? 
Do czego komu potrzeba ta informacja ? Aby zazdrościć, że jednak pojechała z powrotem ? Czy po to aby się cieszyć... jest, nie udało się, nie jest lepsza ode mnie. 

Zastanawiające jest też moje odczucie w stosunku do ludzi, i to, że w stosunku do jakiegokolwiek fina nie muszę obawiać się jakiejkolwiek etykiety (nooo może oprócz kulturowych stereotypów jak biedulka z Polski), a u nas ciągle mnie niepokoi ta zazdrość i w sumie moje ukrywanie raczej tego "bycia lepszym" no bo przecież co... Finlandia zrobiła ze mnie teraz Królową Bonę, to nie jestem ja ta zwyczajna miła ja jaka byłam, tylko "ja zza morza" w oczach co niektórych.

poniedziałek, 3 października 2011

Życie jest piękne

Pobyt w Finlandii zmienił trochę mój sposób myślenia i spostrzegania świata.

Pierwszą poważną zmianą w mojej mentalności stało się to, że wyzwoliłam się z takiego myślenia które zazwyczaj mają ludzie żyjąc w Polsce. Trzeba iść na studia by znaleźć dobrą pracę, bo jak nie będzie pracy, nie będzie pieniędzy a jak nie będzie pieniędzy to koniec świata. I tak się dzieję zazwyczaj ostatnio i co ? I następuje koniec świata.

W Finlandii mają tak dobry system socjalny, że często opłaca się nie pracować i żyć z tej pomocy. Jest ona na tyle duża, że w spokoju pomaga wynająć pokój, mieć na jedzenie i na drobne przyjemności.
Ludzie żyjąc z funduszu socjalnego, cieszą się życiem, są w stanie realizować swoje marzenia.
Czy pracują, czy nie. Ale na pewno nie mają takiego stresu jak my. Ojj bo to będzię koniec świata.

Można powiedzieć, że taka beztroska panuje. Ja chyba tą beztroskę przejęłam i zaczęłam się zastanawiać, dlaczego my się tak stresujemy i ciągle o tym myślimy.
Ostatnio ciągle się u nas trąbi o tym, że nie ma pracy, po niczym nie ma pracy. Po co w ogóle iść na studia skoro się po nich i tak nie dostanie pracy!!!

Dochodzę więc do wniosku, że ludzie się bezmyślni i manipulowani do takiego stopnia, że nie zauważają pewnych prawidłowości. Zmanipulowani przez media. Młodzi wykształceni i głupi zarazem.

To chyba logiczne, że po studiach nie będzie takiej pracy jak w zawodzie. To nie jest nic nowego. Czy po socjologi człowiek staję się socjologiem ? Nie. Czy po pedagogice, pedagogiem ? Nie.
Czy po stosunkach międzynarodowych, specjalistą od stosunków międzynarodowych ? Nie.
Czy po biologii staję się biologiem ? Nie.

Po żadnych studiach człowiek nie staje się tym, jak to trąbią media, kim stać się powinien. Po żadnych studiach człowiek nie znajduje pracy w zawodzie. Dlaczego ? Bo takich zawodów nie ma po prostu.
Studia nie są po to, by przygotować człowieka do zawodów, od tego jest szkoła zawodowa jak sama nazwa wskazuje. Studia przyczyniają się do większego rozwoju człowieka, do tego by otworzyć umysł człowieka na pewne rzeczy, na głębsze zaznajomienie się z danym tematem, by go nauczyć pewnej sfery życia. Studia są po to, aby coś znać i umieć lepiej od innych i by w tym się realizować, aby znaleźć coś w czym można by było tą swoją zdobytą wiedzę wykorzystać.

Żadna praca nie hańbi. W Finlandii nie ma aż tak gigantycznej różnicy pomiędzy zarobkami różnych ludzi, tak jak jest to u nas. Sprzątaczka na początku swojej kariery zarabia tyle, co początkujący informatyk.U nas natomiast kończąc studia, pracuje się przy barze czy robi inne ciekawe rzeczy. I co ? Każdy powinien robić to co lubi, to co chce. Dlaczego jesteśmy zamknięci w takich konwenansach, że człowiek z wyższych wykształceniem powinien pracować od razu na wysokim stanowisku.

Z czego to wynika ? Po pierwsze wszystko wynika z naszego myślenia, to co kto myśli i to co komu narzuca. Jak ktoś chce być singlem, niech będzie singlem jeśli mu dobrze. Jak ktoś coś robi, to niech to robi skoro lubi. Dlaczego się poddajemy tym głupi mediom i robimy dokładnie to co nam każą, a manipulują nami perfekcyjnie.

Studia są po to, aby nas w coś wyposażyć i abyśmy zacząć coś robić, co oczywiście przynosi nam dochód. Rozmawiając z człowiekiem, który mieszka w Szwecji i pytając się co życiowo robi, odpowiedział on, że obstawia coś w Internecie jakieś gry. Kiedy zapytałam się dlaczego nie ma normalnej pracy, oburzył się i odpowiedział, że to jest normalna praca. To jest jego praca, studiował ekonomię, która wyposażyła go w umiejętności matematyczne i dlatego wie jak to robić i w taki sposób zarabia na życie. Dało mi to do myślenia...  Ale zaczęłam się zastanawiać przede wszystkim, nad naszą wrodzoną bezradnością. My nigdy chyba nie robimy tego co chcemy, tylko to do czego jesteśmy zmuszeni.

Nie wolno nam pracować tam gdzie chcemy, bo przecież trzeba coś zarabiać, a to co robimy nie da nam żyć, nie możemy żyć jak chcemy, bo większość ludzi mówi nam jak żyć.  Musimy skończyć studia znaleźć pracę, męża , żonę, wyjść za mąż bądź się ożenić, mieć dzieci dom i .... cóż życie się kiedyś kończy, a w jakimś momencie można dojść do wniosku, że praktycznie robiliśmy nie to co sami chcieliśmy, tylko to co nam kazano.

Ale dochodząc do końca mojego wywodu, stwierdzam, że życie jest piękne :) Kiedy mogę robić to co chcę i w dodatku sprawia mi to przyjemność, a ponadto nie mam tego dziwnego poczucia zmuszenia do czegokolwiek. A jak mam to po prostu staram się je redukować. Ale życie jest piękne, jak się użyję główki :)))

poniedziałek, 26 września 2011

O moich wrażeniach z edukacji fińskiej i o tym jak się nas niszczy w szkole...

Postanowiłam spisać tu to co myślę, w tejże dokładnie chwili gdyż wielokrotnie doświadczyłam tego, że to co wydaje mi się takie niezwykłe odkrywcze i inne w jednym momencie, po jakimś czasie staję się normalnością i nie widzę różnicy. 

Dopóki mam świeże wrażenia i wnioski chciałabym napisać o różnicach w edukacji. Powinno wydawać mi się oczywistym, skoro żyłam w Finlandii cały rok, uczyłam się tam i zwiedzałam różne miejsca i ośrodki. A jednak takie oczywiste nie jest, bo jakby nie patrzeć w tą kulturę wsiąknęłam i wracając do Polski, będąc na 5 roku studiów, nie doświadczyłam już tutaj żadnych zajęć a więc też gigantycznego kontrastu.

Pomijając już to, że w Helsinkach żyje się najlepiej na świecie, co potwierdzam bo i tam mieszkałam między innymi. I jestem w stanie zgodzić się z tym co nawet podają tutaj : 
http://www.tvn24.pl/1,1710899,druk.html


To w dodatku edukacja zdaję się być także najlepsza. Jak wielokrotnie słyszałam na wszelakich filmikach i tym podobnych jak tutaj : 

 

Pojechałam jednak niedawno na pewne szkolenie w naszym kochanym kraju Polska. Przyznam, że było to pierwsze szkolenie czy ten rodzaj edukacji, który doświadczyłam po powrocie z Finlandii. 

Co mi się rzuciło w oczy, to takie rzeczy które są cechami fińskiego systemu edukacji i w zetknięciu z polskim sposobem zaczeło mnie drażnić. O co mi tutaj chodzi? Są pewne zachowania nasze polskie które wykonujemy bez świadomości i w połączeniu z naszą kulturą, jednak w tym przypadku strasznie mnie one zaczęły drażnić. Przede wszystkim : 
- brak konkretności w tym co się mówi
- za dużo się mówi
- jest się nie przygotowanym do tego co chce się powiedzieć, i jak powiedzieć
- powtarza się myśli po raz któryś, marnotrawiąc czas. 
- używając tylko przemów a nie innych form, technik czy zabaw (tak , zabaw! nawet dla starszych)


Finowie słyną ze swojej praktyczności, celowości oraz efektywności. Nie kontemplują za dużo, odzywają się tylko wtedy kiedy są absolutnie pewni i przekonani do tego co chcą powiedzieć. Myślę, że te cechy te jakoś wpłynęły na mój sposób spostrzegania owego zajścia. 

Kobieta która prezentowała szkolenie, przede wszystkim coś mówiła, ale mówiła o wiele za dużo, nie robiła przerw pomiędzy poszczególnymi myślami, nie było czasu żeby przetrawić nawet przez sekundę to co powiedziała, bo przecież musiała tyyyyyle informacji przekazać. Mózg odbierał i odbierał informacje, ale po jakimś czasie się zmęczył, znudził i miał dość. Zastanawiające jest, że przez cały rok studiowania w Finlandii, ani razu, absolutnie ani razu nie doświadczyłam tego, co doświadczyłam na tym szkoleniu po godzinie czasu. 

W Finlandii mogłabym siedzieć na zajęciach całe dnie. Mogłabym słuchać i analizować i się uczyć całe dnie i zawsze pod koniec zajęć czułam pewny niedosyt. Tutaj bo 50 minutach miałam dość. Miałam dość tych wszystkich informacji, przekazywanych jeszcze w nie dość odpowiedni sposób do słuchacza. Sądzę, też, że nasze polskie mózgi od maleńkiego są przystosowywane do tego by słuchać informacji o 80 % za dużo, po to by poprzez przeuczenie zapamiętać chociaż trochę z nich. Metoda ta niby ma działać. No i działa, może rzeczywiście wiemy bardzo dużo, jesteśmy zmuszeni do posiadania wiedzy której nigdy nie wykorzystamy oprócz udziału w jakimkolwiek teleturnieju. 

Bo po co mi informacja jaki jest północy , południowy czy zachodni najbardziej wysunięty przylądek Afryki ? Po co mam wiedzieć jakie są rodzaje skał ? Do czego wykorzystam informację o tym na czym polega różniczkowanie i pierwiastkowanie ? Do niczego ? Ani razu w życiu nie były mi te informacje potrzebne, oprócz tego żeby ewentualnie podzielić się tym, że ja to wiem. 

Poza tym sądzę, że taki sposób edukacji zniechęca ludzi do nauki. Psuję w nich pasję i nie motywuje do samo poszukiwania tego czego naprawdę chcieliby się dowiedzieć. Bo mózg nie ma nieskończonej pojemności i jak mieści się w nim miliony niepotrzebnych informacji to gdzie wsadzić te nowe?

Inną cechą, która bardzo rzuciła mi się w oczy, to to że my strasznie dużo notujemy. Piszemy zapisujemy to co chcemy zapamiętać. Wydaję mi się to też błędem, gdyż mózg wiedząc, że mamy coś na kartce jakby nie stara się w pełni zapamiętać informacji mając ta asekuracje, że jest to na papierze.
W Finlandii nie robi się notatek na 10 stron, nie notuje się każdego słowa. Zapisuje się oczywiście pewne rzeczy, ale bardziej stawia się na zrozumienie i zapamiętanie w mózgu od razu tego o czym się mówi. Irytowało mnie to, że na tym szkoleniu muszę zapisywać to co kobieta mówi, zamiast skupić się co to oznacza, i jaki to ma wpływ na to i na tamto.

Co więcej, kobieta przygotowała prezentację multimedialną. Bardzo ładną zresztą i przejrzystą. Posługiwała się nią cały czas i opowiadała i pokazywała to i tamto. I kiedy zapytałam się jej czy jest możliwość aby otrzymać ta prezentację aby lepiej sobie te informacje poukładac w głowie, okazuje się, że nie. No nie, bo to przecież swiętość! To taaaaaka trudna praca zrobić prezentację i przesłać czy wydrukować studentowi. W Finlandii takie prezentacje były traktowane jako mateirał dla studenta i w 99 % przekazywane mu po to aby miał informację, i mógł z nich korzystać by się lepiej nauczyć a nie marnotrawić czas na przepisywanie w czasie zajęć. I co to za paradoks ? Nauczyciel chce nauczyć studenta, ale nie chce mu udostępnić wiedzy ? O co tutaj chodzi? A chodzi o naszą kolejną cechę mentalności- " nie ułatwię ci zadania, ja ci je tylko mogę utrudnić, męcz się Polaczku!" "Ja Cię przecież chcę nauczyć, ale nie tak, żebyś wiedział i umiał więcej ode mnie, ja Cię w sumie nie uczę po to by nauczyć, ale by dostać kasę za to co robię"

Bardzo się zdziwiłam takim postępowaniem, i praktycznie zapomniałam jak to jest u nas. Szczęśliwie jestem na 5 roku studiów i je kończę, ale myślę, że gdybym wyjechała tam wcześniej za pewne zrezygnowałabym z naszej cudownej formy edukacji. 

Jako ciekawostkę mogę jeszcze powiedzieć, że robiąc wywiady z fińskimi uczniami, studentami czy osobami dorosłymi (jako zadanie na jakiś przedmiot) okazuje się, że 100% ludzi stwierdziło, że lubi szkołę, lubi się uczyć, i gdyby mogła powróciłaby jeszcze raz do szkoły aby po raz kolejny móc uczestniczyć w tym. Jestem pewna, że gdyby u nas zapytać ludzi, 90% stwierdziłaby, że no może nie było tak źle, ale do szkoły nie chcieliby powrócić i jeszcze raz tego samego przechodzić.

Jeśli ktoś jest zainteresowany szczegółami polecam filmik, rankingi w edukacji, jak zdążycie zauważyć Polska jest średnio na 12,13 czy nawet 19 miejscu jeśli chodzi o cały świat a Finlandia okazuje się na 1. 





czwartek, 30 czerwca 2011

Gdzie my tak naprawdę żyjemy ?


Kiedy się mieszka w jednym miejscu zbyt długo to zaczyna się narzekać. Jedzie się potem do drugiego i kiedy się mieszka zbyt długo znowu zaczyna się narzekać na to drugie. Taka nasza ludzka przypadłość. 

Postanowiłam spisać w tym poście moje pierwsze spostrzeżenia, na świeżo, by potem po zmianie miejsca zamieszkania móc tu powrócić do tej treści i przekonać się, ze moje narzekanie jest bezpodstawne, albo że zaistniała sytuacja nie jest gorsza od innej.

Mieszkając w Finlandii, po jakimś czasie zaczęłam sobie narzekać, że jest za zimno. Powinno być już ciepło. Ceny są za wysokie, wszystko jest za drogie. I w sumie z jednej strony cieszyłam się z powrotu do naszego ciepłego kraju już o tej porze (tzn na początku czerwca).

Kiedy wróciłam oto takie niemiłe dla mnie sytuacje mnie spotkały, gdyż się od nich odzwyczaiłam a są rzeczą naturalną dziejącą się na co dzień u nas.

1. Pewnego dnia miałam wybrać się na nasz kochany uniwerek, z tym że do innej części miasta w której nigdy nie byłam. Po dotarciu do wydziału, przed drzwiami kłębili się studenci. Przyszłość naszego narodu. I cóż tam ciekawego usłyszałam ? - Kurwa, ja pierdole i tym podobne piękne słowa wypowiadane przez prawie wykształconych ludzi - naszych studentów. Odnalazłam szybko gabinet Pani profesor do której miałam się udać. Spora była kolejka, wiele osób czekało po wpis do indeksu.
Każdy po kolei wchodził i wychodził. Jeden student wyszedł i na cały głos przed gabinetem Pani profesor rzekł miłym tonem:

- I co ona mi tu wpisała ? Ona jest jebnięta ? No co ona mi tu wpisała.

Uuuu... Całkiem mądrze wypowiadać takie słowa tuż przed drzwiami. Niegdyś taki rzeczy w ogóle nie zauważałam a teraz? Teraz mnie to zaczyna strasznie denerwować. Potem jeszcze kilka razy słyszałam tą formułę. Wydaję mi się, że wiele osób ją już przyswoiło i wcale nie namyślając się tak za bardzo co mówi, po prostu ją wypowiada, jak wierszyk. Gdzie ona poszła, ona jest jebnięta? Co on zrobił, on jest jebnięty? Słowo Kurwa jako przecinek nam już nie wystarcza to przecież trzeba się posunąć w rozwoju kwiecistej mowy.

2. Wracam sobie z pewnego spotkania tramwajem. Obok siedzi dziewczyna a obok niej koleś, który wygląda jak dres. Gorzej, wygląda jak dinozaur zmutowany. Na moje oko dopiero co wyszedł z więzienia, łysy, sapiący, groźny. Brzydko się odzywa do dziewczyny. Każe jej wysiadać na przystanku pomimo, że ona nie chce. Chyba coś jej zabrał bo miał powieszone na ręku, nie wiem co to było ale chyba chciała to odzyskać. Wysiedli, ona nie chciała nigdzie iść ,stanęła. On złapał ją za torebkę i zaczął ciągnąć. W końcu za nim poszła. Parę osób się temu przyglądało stojąc na przejściu dla pieszych w tym i ja. Znieczulica społeczna nie trwała za długo bo kobieta jedna podeszła do rowerzysty i wydaję mi się, że go poprosiła aby śledził tą dziewczynę z tym kolesiem. Niemniej jednak przeraziło mnie to, że w biały dzień ludzie mogą doświadczać takich rzeczy. 

3. Kiedy wróciłam do kraju, przez parę pierwszych dni byłam trochę skołowana i nie do końca oswojona z językiem polskim nie używając go dość długi czas.Wolałam nigdzie nie wychodzić, ale dawni znajomi chcieli zobaczyć, też więc się zgodziłam. Do tego celu zmuszona byłam użyć komunikacji miejskiej, czego pożałowałam. Wracając do domu, zapomniałam wziąć portfela, który zostawiłam w domu znajomych. Kupiłam nawet bilet normalny myśląc, że skoro nie mam dokumentów to kupie normalny w razie czego. Wsiadłam do tramwaju, jadę sobie spokojnie a tu kanarzy, no i bileciki do kontroli. Oczywiście pech chciał, że jakoś dziwnym cudem zgubiłam gdzieś ten mój bilet i nie mogłam go za chiny znaleźć w żadnej kieszeni ani nigdzie.
- Nie mam biletu.
- No to dokumenty poproszę - usłyszałam. Świetnie dokumentów przecież też nie mam.
- Nie mam odpowiedziałam.
- Nie ma Pani ? A w torebce ? Otworzyłam i znalazłam tam moją fińską legitymację studencką. No to pomyślałam, że się może jakoś jeszcze z tego wybronię.
- Proszę. - Podałam im legitymację studencką.  Wiedziałam, że na zagraniczny dowód tożsamości nie mogą mi wypisać mandatu. Ale skoro i tak nie mam biletu ani żadnych dokumentów a Policja zazwyczaj do kanarów nie przyjeżdża to postanowiłam zadziałać w ten sposób skoro mam już tą legitymację fińską.
- Co to jest ? - Zapytali
- Legitymacja studencka.
- A jakiś polski dokument ?
- Nie mam , nie mieszkam w Polsce - Postanowiłam im sprzedać historię.
- To musi Pani zapłacić.
- Nie mam pieniędzy.
- I polskiego dokumentu też Pani nie ma ?

- Nie mam.
I tu zaczęli na mnie chamsko najeżdżać, co ja sobie tutaj myślę i robić sobie żarty. Dojechaliśmy do końcowego przystanku, oczywiście niby, że dzwonią na policję. Ucinają sobie ze mną dalej gadkę. Czym dłużej to trwało tym gorzej i bez kultury się zachowywali.
- A jak nie mam dokumentu to może im pokaże torebkę i co mam w środku ? I jak się okaże, że nie mam polskiego dokumentu to oni mnie puszczą...
- Że co proszę ? - Zaczynałam się zastawiać o co im tak właściwie chodzi.
- No pokaże nam Pani torebkę.
- Chyba nie mają panowie takiego prawa mi sprawdzać torebki. - odpowiedziałam, zastanawiając się, czy czasem nie próbują wykorzystać mojej historii o "nie zamieszkiwaniu w kraju i nie znajomości prawa".
- No tak nie mamy prawa, dlatego prosimy Panią o pokazanie jej nam. Jak nam Pani z własnej woli pokaże,to to nie jest bezprawne.
- Ale ja nie mam takiej woli i Panom nie pokaże.
- Dobrze, to tym razem dostaje Pani upomnienie. Rozumie Pani ? U PO MNIE NIE. To takie polskie słowo wie Pani ? Zna je Pani czy też może nie ?
- Znam. Dziękuje. - Odpowiedziałam zaciskając zęby, bo jeszcze chwila i bym im chyba przywaliła za te uprzejmości, które do mnie czynili. Zastanawiałam się też jaka to jest reprezentacja w stosunku do ludzi którzy rzeczywiście tu przyjeżdżają znając tylko trochę języka i takich " miłych" panów spotykają.

Okazało się, że jak wysiadaliśmy, to oni zauważyli, jak na moje dodatkowe nieszczęście, policję spisującą jakichś dresów gdzieś tam i stwierdzili, że skoro tak to może mnie jednak spiszą. To nic, że ja już dawno wysiadłam z tramwaju, i to nic , że mówiłam do policjanta, że mnie praktycznie zaatakowali nie wspominając o uprzejmości.

I jak się tak historia skończyła ? W końcu dostałam ten mandat i nikogo tak praktycznie nie obchodziło, jak zostałam potraktowana. Świetnie.

4. Sytuacja kolejna jest jeszcze milsza. Poszłam do pewnego urzędu załatwić pewną sprawę. Z powodu pewnych okoliczności wzięto mnie do biura i kazano poczekać. W biurze chodzili pracownicy i rozmawiali między sobą. Z rozmowy wywnioskowałam,że mają negatywny stosunek do pewnej osoby i knują jak tą osobę zwolnić. Doszli do takich wniosków, że aż mi się w głowie nie mieści jak ludzie mogą być tak złośliwi i wredni aby przeciwko siebie knuć w miejscu pracy. Aż się źle poczułam siedząc tam i słuchając tego...  

5.  W świetle tych wszystkich negatywnych zdarzeń, mogę znaleźć chociaż jedną pozytywną. 
Po powrocie jest niezmiernie dużo, do załatwienia na uczelni, głownie robota papierkowa, zaliczenia i inne takie formalności. Trzeba latać tu i tam, w tą i we w tą. Starałam się już jakoś przygotować mentalnie, że ludzie zawsze stwarzają jakieś problemy i trzeba się wyposażyć w anielską cierpliwość, której w sumie po Finlandii mi nie brakowało. Okazuje się, że jednak nie jest tak źle. Pracownicy na uczelni są mili. O. Coś nowego, co by się zmieniło przez cały rok mojego niebytu tutaj ? Rozumiem, że ludzie się czasem zmieniają i bywają milsi ale wszyscy ? Niemożliwe. 
I tak chodząc od jednej Pani profesor do drugiej,czy pana profesora, pytając się pań w sekretariacie, czy nawet w bibliotece wszyscy mieli podejście typu. "W czym mogę Ci pomóc drogi studencie i co mogę dla Ciebie zrobić ? Jeśli się pytasz to ja Ci na wszystko odpowiem i we wszystkim pomogę " . 
A nie podejście typu  " Słucham, czego chcesz kolejny człowieku zawracający mi głowę ? Nie widzisz, że ja nie mam czasu i tu ciężko pracuję chodząc sobie w tę i we wte i pusząc swe piórka? "
Nie wiem czy słowo "ERASMUS" tak działało, bo przecież tylko czasem go używałam i nie miałam wytatuowane tego na czole. Czy może w końcu dążymy do tego by "studentowi raczej pomóc" a nie go " zgnębić" jak to zazwyczaj bywało. Niezmiernie miło mi było nawet z niektórymi pracownikami, z którymi nawet się nie znałam wcześniej usiąść i tak jak ze znajomym porozmawiać, bez żadnych sugestii typu " ja jestem lepszy pan profesor a ty tylko głupi student" Niezmiernie to było miłe, aż do tego stopnia, że z chęcią zaczęłam chodzić i załatwiać te sprawy w pewnym momencie oczekując właściwie, że będą chcieli porozmawiać.

Podsumowując, ciesze się, że chociaż jeden aspekt życia tutaj, które teraz postrzegam inaczej jest na plus.

niedziela, 12 czerwca 2011

Czy ja jestem jeszcze polska czy już fińska ?

Wróciłam. 

Dziwne uczucie. Niby swój pokój poznaje, jakby się nic nie zmieniło, przecież niedawno go odwiedzałam. 

Wycieczka na uniwerek i pierwsze szoki. Nikt nie jest dla mnie miły! 
Tego się mogłam spodziewać. I to nie to że ktoś był specjalnie nie miły. Ja się chyba po prostu nauczyłam już żyć w milszym społeczeństwie.

Dobrze, że chociaż jest coś do roboty. Bo jak ma się czuć człowiek, który zniknął na rok i zawiązał nowe znajomości gdzie indziej porzucając poprzednie ? 

A może tak nie do końca są porzucone. Wykonałam parę telefonów do tych których kiedyś zwykłam nazywać przyjaciółmi. Oooo i nawet mnie poznali. Zastanawiam się czy moc przyjaźni należałoby teraz mierzyć za pomocą natężenia krzyku , czy innej reakcji spowodowanej tym że mnie ktoś zobaczył bądź usłyszał. Niemniej jednak miło takiego czegoś doświadczyć. Tym bardziej jak się wraca do miejsca gdzie niczego nie można się spodziewać, nie można się spodziewać, że ludzie będą ciągle na tym samym miejscu. 

Na początku jest strach przed spotykaniem ludzi. Polska mowa się trochę zdeformowała. Często występuję myślenie po angielsku i nawet bezmyślnie wypowiadam bądź jestem bliska wypowiedzenia czegoś po angielsku, a potem następuję wstyd. Aj... "Nie wiem jak to powiedzieć"

Lepiej trzymać się więc z dala na początku od ludzi, aby nie zaczęli postrzegać mnie jak "zarozumiałą zza granicy", która tylko pokazuje jak to zna dobrze język. No jeden może i zna, za to drugi się trochę wypaczył. Jednak parę dni wśród rodzinki i wszystko powinno wrócić do normy.

Oczywiście prawie wszystko, z rana słucham sobie nadal radia fińskiego. Mam ogromną ochotę pogadać z kimś po angielsku i to już jest raczej desperackie pragnienie. Obserwuję ludzi jak się zachowują.... Inaczej. 

To mnie denerwuje, proszę do mnie tyle nie mówić.

Proszę się mnie nie pytać.... Ja już jestem nie zdolna opowiadać przez 3 godziny co się wydarzyło a co nie.